Hen Ichaer

Historie Wiedźminverse – Jakub de Aldersberg #1

Witajcie w serii, w której chciałbym przybliżyć Wam postacie ze świata Wiedźmina, mające istotny wpływ na kształt historii. Początkowo skupimy się na bohaterach znajdujących się na właśnie wprowadzonych do gry kartach ewolucyjnych, wraz z postaciami, które miały bliższy, lub dalszy związek z nimi.

Krótka historia zaprezentowana tutaj została stworzona na potrzeby społeczności chińskiej, aby przybliżyć im postacie ze świata Wiedźmina, jedynie w niewielkim stopniu zmodyfikowana przeze mnie.

„Droga do ideału jest stroma.”

~ Jakub de Aldersberg

Jeśli ten świat był kiedyś pełen życia, to po pojawieniu się Białego Zimna, pozostało jedynie lodowe, jałowe pustkowie.

Ponownie śniło mu się, że chodzi po tej białej ziemi. Ciemne, ponure chmury wisiały nad krainą, zimny wiatr ryczał po pustkowiu, a gwałtowny grad i zamieć uderzały w ziemię nieprzerwanie.

Nigdzie nie było widać śladów życia.

Po wichurze nastąpiła chwila spokoju między tą bezgraniczną pustką a chmurami. Na granicy pola widzenia, na niebie, pojawił się biały kształt przypominający wieżę, której szczyt rozpraszany był przez wspaniałe, świetlne łuki. Czuł, że musi iść w jej stronę, nie potrafił się powstrzymać, jakby jakaś niewidzialna siła pchała go w tamtą stronę.

Potwór wielkości konia wędrował po wieży. Przypominający połączenie ogara i krokodyla ze spiczastymi kłami u paszczy, nieregularnymi rzędami uniesionych kości z tyłu niczym włócznie, otoczony delikatną, lodową aurą. Widząc, jak powoli się zbliża, zawarczał, a w jego oczach pojawił się głodny błysk.

Jakub obudził się z krzykiem, pokryty zimnym potem. Sapnął ciężko i poczuł głębokie wyczerpanie, jakby dzika ucieczka przed wyimaginowanym potworem nie odbyła się we śnie, a na jawie.

Nie wiedział, czy wilgoć na jego nogach pochodzi ze stopionego śniegu, który osiadł mu na nogach we śnie, czy też z potu spowodowanego pościgiem.

Nie pamiętał, ile razy już śnił ten koszmar.

Jakub pochodził z Aldesbergu, z królestwa Aedirn. Niewiele wiadomo o jego młodości. Niektórzy twierdzili, że miał zostać wiedźminem, ale uciekł bezbożnikowi, co go uprowadził. Inni, że był szkolony na czarodzieja, ale jego nieskazitelny charakter nie pozwalał mu na stanie się bezdusznym magikiem. Mimo wszystko ludzie lubili nazywać go „cudownym” – z powodu dojrzałości, dowcipu i temperamentu przywódczego, które wykazywał mimo swojego młodego wieku.

Pewnego dnia, jeszcze w początkowych latach życia przyszłego Wielkiego Mistrza, zobaczyli mężczyznę ubranego jak kupiec, który rozmawiał z Jacquesem bawiącym się w jednej z bocznych uliczek. Gdy ten spostrzegł, że ma widownię odwrócił się do gapiów, którzy nagle poczuli się słabo, mroczki zamajaczyły im przed oczami i przez chwilę nic nie widzieli.

Kiedy odzyskali przytomność i próbowali dowiedzieć się co się stało, zobaczyli tylko Jacquesa siedzącego na ziemi i bawiącego się małymi, drewnianymi żołnierzykami, które właśnie dostał.

“Cudowne” dziecko miało duże, jasne oczy, jakby wszystko widziało.

Jakub lubił bawić się żołnierzykami, które otrzymał od tajemniczego jegomościa, razem ze swoimi towarzyszami zabawy. Zależało mu, by w wyimaginowanej zabawie łapania “złych nieludzi”, w której ludzie są ofiarami, jego wojsko ratowało ludzkość z opresji. Ratowali ludzkie życie przed zagładą.
Wielokrotnie wspominał, że chce zostać rycerzem w przyszłości, wspierać sprawiedliwość i oddać swoje życie w słusznej sprawie. Dla populacji Aldesbergu, który ma długą tradycję wrogości wobec ras nie-ludzkich, wydawał się szczególnie wybitną osobowością.

Jestem gotów nawet zostać rycerzem-wiedźminem – myślał. Jednak nigdy tego nikomu nie powiedział.

Lubił towarzystwo przyjaciół i pochwały dorosłych, ale nikt nie wiedział, co Jacques ma na sobie.
Był naturalnym źródłem magii. To pozwalało mu często widzieć niezwykłe rzeczy, jednak w młodym wieku nie potrafił tego wszystkiego zrozumieć i po prostu myślał, że to zwykłe koszmary. Te sny, niczym szept, stały się cieniem, który zostawił ślad na jego duszy.
Gdy dorastał rzeczy, które pozostawały w jego świadomości, stały się wyraźniejsze i bardziej przytłaczające. Niezwykle niszczycielskie wizje ogarnęły go niczym zmieniające się fazy księżyca, wywołując fale strachu i niepewności w jego umyśle.
Zjawiska te stawały się coraz bardziej niekontrolowane, w ciągu dnia mógł nagle wędrować i wskoczyć w wizję, w nieznanym mu czasie i przestrzeni.

Pewnego razu był świadkiem siebie na otwartej równinie, przed którą stanęły dwie wielkie armie. Jedna strona to elitarny pułk kawalerii ubrany w ciężką czarną zbroję, a druga to falanga milicji i chłopów. Bitwa wisiała na włosku.
Nagle nieboskłonem zatrząsł odgłos bębnów, miedzianych uderzeń, zabrzmiała trąba, ziemia zadrżała pod dziesiątkami tysięcy galopujących koni, a wzniesiony kurz natychmiast zakrył niebo.
Nie mógł ustać w miejscu, wciąż się trząsł i miał wrażenie, jakby ktoś podnosił go z dużą prędkością za jego plecami.

Armia w czerni zaczyna szarżować!

Jak żywy taran wbili się głęboko w pułk piechoty. Zderzenia stali ze stalą rywalizowały z ostrym chórem piskliwych i przerażających warknięć, a dwie armie, zacięte jak muł, podrzynały sobie gardła.
Jacquis zakrył uszy i próbował uciec z pola bitwy, ale bezskutecznie. Wycie wszystkich, myśli, ból… Widział wszystko.

Hael Ker’zaer!”

Bij, zabij Czarnych!”

Pod koniec bitwy, niegdyś bujna ziemia została przygnieciona porzuconym orężem, a wąwozy otaczające ten teren wypełniły się krwią. Zwłoki były ułożone jeden na drugim, bez miejsca do postawienia nogi. Sępy krążyły po niebie, dzikie psy wędrowały, a pod niewidzialnymi zboczami ziemi, złe duchy gromadziły się, aby przygotować się na nadchodzącą ucztę.

Wyłonił się z pola bitwy, jego dusza powróciła do ciała i w tym momencie spojrzał spod powierzchni jak tonące dziecko.
Miejsca, które widział, były prawdą o świecie, a czas i przestrzeń, którą wyczuwał przed sobą była tylko przejściem z tysiącem drzwi, z których każde wiodło do jałowego pustkowia, w którym ludzkość umrze, a reszta stanie się bestiami.

Zaczął podróżować po świecie, głosić kazania i przyciągać wielu zwolenników swoimi emocjonalnymi przemówieniami. Z płomiennym postanowieniem wstąpił do Zakonu Białej Róży, gdzie ze wszystkich sił starał się szerzyć sprawiedliwość i zbawienie w imię Zakonu.

W 1268 roku zmarł Wielki Mistrz zakonu Rudolf Valaris, a jego stanowisko objął Jakub, który miał jasny cel i silną wolę działania.

Jakub wierzył, że świat nie może być zbawiony przez samo słowo, i że proces ten nieuchronnie będzie wymagał ofiary. “Podstępna bestia wkrótce zejdzie na dół, a niewinni wkrótce wykrwawią się na śmierć. Muszę ocalić ludzkość od omenów, które widziałem.” Nie raz przekazywał tę ideę ludziom wokół siebie, a droga do idealnego świata miała być wyboista.

Jego pierwszą decyzją na stanowisku Wielkiego Mistrza była zmiana nazwy ugrupowania na Zakon Płonącej Róży, a następnie całkowita restrukturyzacja Rycerzy. Pod jego kierownictwem Zakon stał się radykalny i fanatyczny, a jego członkowie czcili Wieczny Ogień z płomienną i niezachwianą gorliwością.

Dzięki swoim działaniom Zakon wywarł również istotny wpływ na interesy polityczne szlachty i zdobył zaufanie Północnych Królestw.

Fanatyczne wierzenia i pozbawiona skrupułów paranoja w celu osiągnięcia ideału sprawiały, że Jakub znalazł się na labilnej granicy szaleństwa. Ta grupa, która powinna była zlikwidować zło i chronić ludzi przed zagrożeniami, zaczęła zgłębiać zakazane tajniki.

Mój rycerz musi być silny jak wiedźmin i powinien być niewzruszony. ” Zdał sobie sprawę, że czas, by Białe Zimno nawiedziło świat, jest coraz bliższy, a jego rycerze są jeszcze dalecy od gotowości. Musiał znaleźć sposób, aby wzmocnić swoje wojska. Tylko w ten sposób ludzkość mogła przetrwać w ekstremalnych warunkach i uratować ten świat.

Droga do ideałów jest trudna. ” Ma jasny cel i niezachwianą wolę.

Zgodnie z pierwotnym planem, na rozkaz Wielkiego Mistrza, gang Salamandry, który był niczym ciemna strona Płomiennej Róży, zaatakował fortecę wiedźminów, Kaer Morhen. Przejęli mutageny i urządzenie do produkcji mutantów, dzięki czemu mógł stworzyć idealnych obrońców ludzkości. Pozostał już tylko jeden krok od zbawienia świata.

Jakub zdał sobie sprawę, że pozycja Wielkiego Mistrza już mu nie wystarcza. W imię Płomiennej Róży, mógł stworzyć sektę, zawładnąć miastem, a nawet narodem. Ale to mu nie wystarczyło. Musiał dowodzić Północą, dowodzić Nilfgaardem, dowodzić całym światem.
Musiał wstąpić na tron, a zacząć miał od Temerii.

Muszę działać, bez względu na koszty.” Miał jasny cel i niezachwianą wolę.

Planował wykorzystać konflikt między ludźmi i rasami nie-ludzi do stworzenia krwawego chaosu w Wyzimie, a gdy cała sytuacja wyknie się spod kontroli, on i jego Zakon przybyliby na ratunek. Uratowałby miasto, a potem przejąłby tron Foltesta, króla Temerii. Ale nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Inwazja na Kaer Morhen była w większości taktycznym zwycięstwem, ale popełniono, zdawałoby się, nieistotny błąd. Wiedźmini ze szkoły Wilka przetrwali atak. Rozwikłali wszystkie tajemnice Salamandry i w końcu odkryli, że za wszystkim stoi Jaqcues.

Dwóch mężczyzn, Wielki Mistrz oraz jeden z wiedźminów, spotkało się w Katedrze Rycerzy Płomienia w Wyzimie. Razem z Jakubem na przybycie wiedźmina czekali z nim stworzeni, dzięki wykradzionym sekretom, mutanci. Wiedźmin oskarżył Jakuba o atak na Kaer Morhen oraz podjudzanie ludności Wyzimy przeciwko sobie, a ten chętnie się do wszystkiego przyznał.

Nie widziałeś tego, co ja widziałem, ani nie słyszałeś tego, co ja słyszałem.” Bez pośpiechu, Jakub zbliżył się do zabójcy potworów, ignorując stalowy miecz w jego dłoni. Widząc to Geralt obniżył środek ciężkości i pewniej chwycił miecz w dłoni, gotując się do walki.

Nagle Wielki Mistrz uniósł się w powietrzu, jakby w jednej chwili zniknęły ograniczającego go prawa grawitacji. Z jego ciała wylała się jasnoniebieska aura, która łukami zbiegła się w kierunku jego serca. Ciało zgięło się do tyłu pod niesamowitym kątem, niczym podkowa. Kiedy przemawiał, to było tak, jakby każdy głos, który kiedykolwiek znalazł się w kościele, dołączył do chóru.

Wiedząc, że nadchodzi wiek miecza i topora, wiek wilczej zamieci. Wiedząc, że nadchodzi Czas Białego Zimna i Białego Światła, Czas Szaleństwa i Czas Pogardy, Tedd Deireádh, Czas Końca… Musiałem działać, niezależnie od ceny, którą przyjdzie zapłacić, muszę ocalić ludzkość od nadchodzącej zagłady.”

Przez chwilę wiedźmin nie czuł niczego oprócz głosów, które krążyły wokół nich, a czas rozciągał wędrówki dźwięków w nieskończoność, wydłużając je aż do momentu, gdy były jak odległy grzmot na niebie. W uszach wciąż dzwoniło jak po ryknięciu.

Nagle świat zaczął się odwracać, zmieniać kształt. Podłoga pod ich stopami podzieliła się na mozaikę kształtów, następnie zniknęła, a wiedźmin przebił się przez pustkę, upadając na kolana w śnieżnym kocu.

To jest świat Białego Zimna gdzie wszystko jest pokryte wieczną zmarzliną. Ponure chmury leniwie krążyły po nieboskłonie, wiatr wył, a gwałtowny grad i zamiecie nieprzerwanie uderzały o skutą lodem ziemię.

Jeśli będziesz musiał w ten sposób ocalić świat, równie dobrze możesz pozwolić mu zostać zniszczonym!” Wiedźmin warczał z całych sił.

Próbowałem się z tobą dogadać, ale byłeś zupełnie nieświadomy.” Chór kościelnych głosów zniknął, pozostawiając tylko głos Jakuba, który odbijał się echem po lodzie.

W powietrzu pojawiły się zaburzenia utkania, kawałek świata wokół Geralta zaczął się wypaczać, a w zaśnieżonym miejscu nagle otworzyła się brama międzywymiarowa i Jakub pojawił się przed wiedźminem, tak jak niegdyś, na ulicach Wyzimy, chłopiec o imieniu Alvin.

Czas i przestrzeń nie były niczym innym jak przejściami z tysiącami drzwi dla osób, w których żyłach płynie Hen Ichaer, Starsza Krew.

Obydwie strony chwyciły za swój oręż. Geralt za swój miecz z meteorytowej stali, a Wielki Mistrz za kunsztownej roboty Ard’aenye. Stal uderzała o stal, zamieć się wzmagała, zacierając sylwetki obu postaci…

… aż walka dobiegła końca. Wiedźmin stał ze srebrnym mieczem w ręku, ponieważ jego poprzedni oręż został wytrącony przez przeciwnika Mocą. Wielki Mistrz leżał na ziemi patrząc z przerażeniem na drugiego szermierza – To miecz na potwory – Geralt kiwnął głową i pchnął rycerza w serce.

Tak kończy się historia Jakuba de Aldesberg – cudownego dziecka, który do samego końca wierzył, że ratuje ludzkość przed zagładą. Wraz ze śmiercią Wielkiego Mistrza Zakon Płonącej Róży podupadł, aż w końcu przestał całkowicie istnieć, również za sprawą pewnego wiedźmina.

W trakcie swojego życia zdobył zaufanie wielu, którzy do samego końca wierzyli w jego prawość i gotowość do poświęcenia, jednak mimo uwielbiania, różnili się w znacznej mierze charakterami.

Zygfryd z Denesle

W dość młodym wieku został rycerzem. Jednak w przeciwieństwie do swojego znanego na całej północy ojca, Eycka z Denesle, postanowił nie tylko polować na potwory, ale wstąpić do zakonu Białej Róży, by walczyć z niegodziwością pośród pospólstwa.

Dość szybko piął się w rangach Zakonu, dzięki swojej niezachwianej wierze i poświęceniu, aż stał się jednym z najistotniejszych rycerzy. W trakcie wydarzeń w czasie powstania nieludzi w Wyzimie w roku 1273 stał się jednym z głównodowodzących siłami Zakonu walczących ze Scoia’tael, został nawet zauważony przez Wielkiego Mistrza.

W Wyzimie spotkał również wiedźmina Geralta, który wyruszył na poszukiwanie gangu Salamandry. I z chęcią mu pomógł, nie wiedząc nawet, że za wszystkim stoi Wielki Mistrz.

Ostatecznie po śmierci Jakuba został kolejnym Wielkim Mistrzem, starając się wyprowadzić z dna, w którym znalazl się Zakon z powodu rządów poprzedniego przywódcy. Postanowił złożyć przysięgę Radovidowi V Srogiemu, królowi Redanii. Niestety, był to zgubny ruch. Tuż przed III wojną z Nilfgaardem Radovid rozwiązał zakon, zajmując ich dobra i wojska, wyrzucając niewspółpracujących rycerzy na bruk.

Po tym wszystkim, słuch o Zygfrydzie z Denesle, prawdopodobnie najszlachetniejszym rycerzu Zakonu Płonącej Róży, zaginął.

Roderick de Wett

Urodził się w rodzinie de Wettów, szlacheckim rodzie prosto z miasta Złotych Wież w Nilfgaardzie. Nieznane były jego motywy dołączenia do Zakonu Płonącej Róży – czy były to względy polityczne, czy rodzinne. Mimo wszystko nie porzucił swoich znajomości z nilfgaardzką szlachtą. Był widziany z Declanem Leuvaarden – bogatym kupcem, przedstawicielem Gildii Handlowej z południa.

Dał się poznać jako osoba arogancka i pełna pogardy dla biedoty, a szczególnie nieludzi, jednak ta nienawiść była dość wybiórcza – w końcu, mimo że krasnoludzcy bankierzy należeli do innej rasy niż on, to z pewnością rozumiał jakie korzyści może osiągnąć z tej znajomości.

Właśnie w trakcie spotkania z Leuvaardenem i innymi kupcami Roderick poznaje wiedźmina, który poszukuje osób odpowiedzialnych za napad na Kaer Morhen. Ich relacje nie układały się zbyt dobrze, ale przynajmniej pograli trochę razem w Kościanego Pokera.

Ostatecznie Geralt zabił Rodericka, gdy ten próbował go zatrzymać ze swoją drużyną zbrojnych, gdy ten szukał Wielkiego Mistrza.

To by było na tyle! W przygotowaniu jest jeszcze kilka innych historii oraz ciekawostek lore’owych. Dajcie znać jak wam podoba się taka forma i co myślicie w ogóle o serii!

Do zobaczenia na polach bitwy!

~ Veruis

PS.
Koniecznie zerknijcie na nasze profile na Facebooku i Twitterze, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście! Ponadto zapraszamy na naszą partnerską grupę na Facebooku oraz kanał na Discordzie – GWINT Polska!

2 odpowiedzi do “Historie Wiedźminverse – Jakub de Aldersberg #1

  1. Bardzo dobry artykuł, naprawdę przyjemnie się to czytało i na pewno zobaczę następne, jeśli się pojawią 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *